Antoni Malczewski

* * *

Już to zuchwałość ludzka nie ma żadnych granic:

Każdy się w sobie kocha, a wszystkich ma za nic,

Każdy się do wszystkiego sposobnym być sądzi.

Tak miłość własna całym światem rządzi,

A człowiek, co ma przez nią zaślepione oczy,

Geniusz chce widzieć w sobie, choć go mierność tłoczy.

Ja też, co żadnych nie mam przymiotów poety,

Ja, niebaczny, puszczam się do tej śliskiej mety,

Ja ulegam niezbędnej pisania potrzebie,

Ja śmiem klecić wiersze, do kogo? do ciebie!

Do ciebie, co wszystkiemu umiesz dać wdzięk nowy,

Do ciebie, coś już Muzom pozawracał głowy,

Coś pomimo ich wierność kochanek niestały,

Bom widział, jak i Gracje za tobą szalały.

Mamże temu, co one oddały swe wdzięki,

Przedstawiać słaby obraz, bo nieprawnej ręki?

Mamże, zuchwały, razić znawcze jego oko?

Po ziemi ledwo pełzam – on buja wysoko.

Jeśli więc, jak się można zapewne spodziewać,

Czytając moje pismo będziesz często ziewać,

Nie ja, ale tyś tego najpierwsza przyczyna.

Tyś mnie miał za próżniaka więc to twoja wina!

Tyś mnie chciał niepotrzebnie do pracy pobudzić,

Tyś mnie myślał poprawić – ja cię myślę znudzić.

Naucz się, jak z wad cudzych śmiać się niebezpiecznie:

Mnie się dziś wiersze pisać zachciało koniecznie!

I by źle nikt bezkarnie nie mógł o mnie myśleć,

Drżącym pęzlem, choć słabe, będę rymy kryślić.

A naprzód nieraz dałeś słyszeć się w swej mowie,

Że jeszcze bardzo młodo w mej czubatej głowie,

Tylko się zawsze trzpiotam, mam złe obyczaje,

Lubo wyzywam… jeszcze po uszach dostaję.

Przyznam się – taka sława zazdrości nie wzbudzi,

Ale ci dowiodę, że cię pozór łudzi.

Widziałem, jak broniłeś nasze słabe wały,

Widziałem cię spokojnym, choć spiże ryczały,

Widziałem, jak nic zdania twojego nie zmami,

Śmiałeś się ze słów dumy, gardziłeś groźbami,

Żadne tobą zwodnicze mowy nie miotały

Spokojny jak niewinność, a jak cnota stały.

I gdy żaden zuchwalec osadą kieruje,

Gdy już oporu zdrajczym chęciom nie znajduje,

Gdy się z naszej słabości sam Moskal urąga

Chodkiewicz swojej ręki do zbrodni nie ściąga!

Jeśli kochasz Cnotę ja się zbrodnią brzydzę,

Jeśli masz dobre chęci – ja się ich nie wstydzę.

Więc proszę, powiedz, skądże ci myśl taka?

Już wiem. Żem się raz jeden przebrał za kozaka!

Tak, prawda, wielka zbrodnia, wartem za to kary,

Lecz pomnij, żeś wtenczas nastrzelał się bez miary,

Perspektywę dobyłeś nawet z futerała,

Co na skórzanym sznurku u piersi wisiała.

Mijam to, chociaż wprawdzie nikt mi nie zaprzeczy,

Że mnie czasem zajmują poważniejsze rzeczy.

Nieraz, gdym w gabinecie z tobą się znajdował,

O fizyce i chemii pięknie rezonował,

A chociaż myślisz, że w chemii mało co rozumiem,

Żem już wszystko zapomniał, że już nic nie umiem,

Pan w solanie kryształów wapna postrzegł ślady,

Pan nie zrobił potażu, jam wygrał zakłady!

A chociaż z mego zdania może się pan śmieje,

Ja się jeszcze założę, że rura stopnieje.

Lecz i to jeszcze mijam. Zachcę dziś pokazać,

Że już mnie z listy trzpiotów warto by wymazać.

I bym dostateczne położył dowody,

Że nie każdy się zowie ten trzpiotem, co młody,

Że ja nie tylko umiem bruk zbijać w Warszawie

Pogadajmy, Chodkiewicz, w politycznej sprawie,

Już wszystkie ogłosiły od dawna gazety,

Już nawet nie od jednej słyszałem kobiety,

Że nigdy Rosja tyle o swój byt nie drżała,

Nigdy nam się tak pewna nadzieja nie śmiała.

Już sprzyjać się zdawały łaskawe nam nieba,

Już otrzeć łzy należy, rozpaczać nie trzeba,

Bo już, już koniec sromoty i biedzie,

Ale ucieka szczęście, bo o Polskę idzie.

A nawet Geniusz wieku pierwszy raz pobłądził

I już niewolnik Elbie ten, co światem rządził.

Chwila jak dawał prawa, jak gromy trzaskały,

Smoleńsk, carów stolica, przed nimi padały,

Loskot ich zwalisk zatrząsł Petersburga szczyty

I drżące go Kaukazu odbiły granity.

A gdy radość na polskiej zajaśniała twarzy,

Gdy długo nieszczęśliwym o szczęściu się marzy,

Gdy wszystko niszczy piorun Europy pana –

W gruzach odwiecznej Moskwy – Polska zagrzebana.

Tak los zawistny z ludzkich zamiarów się śmieje,

Tak znikły jego wielkość i nasze nadzieje.

A ten, którego miecz wszędzie zwycięski błyskał

Tą ręką pisze dzieje, co pioruny ciskał.

I choć nie dziwi jeszcze Aleksandrów cienie,

Już księgi wielkich czynów skryło przeznaczenie.

Chodkiewicz, czy ty ze mną nie różnisz się w zdaniu

To zawsze wielki człowiek, i na swym wygnaniu,

I choć go tyle zbrodni od chwały oddala,

Mnie jeszcze jego wielkość mimo mnie zapala.

Jest zakres położony wielkości człowieka,

Śmiertelni błąkają się od niego z daleka,

Niewielu bohatyrów zbliżyć się doń mogą,

Ale go Geniusz wieku śmiało zdeptał nogą.

I choć te zdanie tysiąc przeciwników wzbudzi –

To zawsze wielki człowiek, kto największy z ludzi!

Gdzie mnie pióro unosi? Ja jego obrońca?

Że też ja być rozsądnym nie mogę do końca.

Śliczny początek popsuł ten koniec szalony.

Teraz powiesz zapewne: to trzpiot zapalony!

Przebacz mi, już przestaję w groźny zapał wpadać,

Przebacz mi, to o juncie będę z tobą gadać.

No cóż? Zgoda! Jak się tam nasz Bromirsio miewa?

Kopczyński na teatrze czy drzymie, czy ziewa?

Cóż tam wieść nowego o monarchach niesie?

Czy długo myślą bawić na wiecznym kongresie?

Czy będzie Polska? Za nią nie przestaniem wzdychać,

Bo u nas na Wołyniu coś niedobrze słychać.

Przedruk za K. Szwarcenberg-Czernym, Nieznany utwór Antoniego Malczewskiego, Pamiętnik Literacki, 1918, s. 117-119.


Antoni Malczewski (ur. 3 VI 1793, Warszawa lub Kniahinin (Wołyń), zm. 2 V 1826, Warszawa), poeta, studiował w Liceum Wołyńskim w Krzemieńcu, ale odbył na służbę w wojsku polskim w latach 1811–15, w 1816–21 roku podróżował po Europie. Pierwszy poski alpinista, 1818 zdobył szczyt Aiguille du Midi w masywie Mont Blanc. Został autorem przełomowego dla polskiego romantyzmu dzieła — powieści poetyckiej „Maria” (1825), osnutej na tle głośnej wówczas tragicznej śmierci Gertrudy Komorowskiej, żony Szczęsnego Potockiego, zamordowanej 1773 przez zauszników jego ojca, sprzeciwiającego się temu małżeństwu. Tragiczna koncepcja losu ludzkiego splata się w Marii z pesymistyczną oceną sensu świata, a twórczość Malczewskiego dała początek ukraińskiej szkole poetów.

Ryszard Przybylski w wydaniu „Marii” 1960 roku dodaje ten nieznany wcześniej wiesz, obsadzony w taki ważny komentarz:

Czas spędzony na Wołyniu (1813-1814) był dla Malczewskiego okresem trzeźwych rozmyślań nad tym, co się w jego życiu już dokonało i czego od życia oczekiwać on jeszcze może. Myśli te zostały ujęte w formę listu poetyckiego do przyjaciela, w ulubioną formę literacką epoki klasycyzmu. Wiersz powstał w listopadzie lub w grudniu 1814 r. Widać zeń, że Malczewski przeszedł kurs La Harpe’a, autora najpopularniejszego wykładu poetyki klasycznej, umiał wyrazić w lekkim, niekiedy żartobliwym – co było szczególnie cenione – tonie treść swoich „prac i dni”. Przechodził z łatwością od elegijnego rozmyślania do „myśli uciesznej”, od żartu do traktatu politycznego.

Utwór ten był też znamiennym dokumentem stosunku Malczewskiego do Napoleona. Podobnie jak polski poeta przemyśliwali również najmędrsi na europejskim kontynencie, m. in. Stendhal i Byron. Czasy Napoleona – mimo że Malczewski daleki był od bezkrytycznej apologii Bonapartego, najprawdopodobniej za jego cyniczne machinacje w stosunku do Polski pozostały dla poety latami walk o ideal życiowy. Dla wielu ludzi z pokolenia Malczewskiego upadek Napoleona był cezurą dzielącą świat marzeń, nadziei i entuzjazmu od świata marności, marazmu i pustki. W słowach Malczewskiego jest wiele z takiego postawienia sprawy. List do Chodkiewicza (Aleksander hr. Chodkiewicz (1776-1838) – chemik i poeta, autor kulku tragedii pseudoklasycystycznych oraz 7-tomowego dzieła pt. Chemia (Warszawa 1816-1820). Uczestnik insurekcji kościuszkowskiej, w r. 1811 wstąpił do wojska Księstwa Warszawskiego. Od r. 1819 mieszkał w swych dobrach Młynów na Wołyniu. W Warszawie posiadali Chodkiewiczowie pałac na ul. Miodowej.) nosi zupełnie wyraźne akcenty przeświadczenia, że fatalistyczne ty – w mniemaniu poety – przekleństwo, które staje w poprzek szczęścia Polski, zostało ostatecznie udokumentowane klęską Napoleona, że niczego specjalnego po łasce monarchów zebranych na kongresie wiedeńskim nie można się spodziewać. Akcenty te zwiastowały krytycyzm w stosunku do porządku, jaki nastanie po r. 1815. Dały one początek rozmyślaniom nad smutkiem bytowania ludzkiego w społeczeństwie, w którym dług słów Malczewskiego rozpanoszyła się mierność i pusty, potworny ideał miłości własnej.