Kornel Filipowicz, polski pisarz, działacz kultury i inspirator, powraca do Tarnopola. Jego nazwisko zostało częściowo zapomniane, ale stał się nieoczekiwanie aktualny dzisiaj, gdy jego rodzinnymi ziemiami w Ukrainie i Polsce wstrząsają fale historii.

Z przedwojennego Tarnopola pozostało niewiele: kilka ulic i domów. A to, co cudem przetrwało sowieckie bombardowania, zostało przebudowane lub nawet zburzone: neogotycki kościół, który był swego rodzaju wizytówką miasta, został zburzony już po wojnie i zamieniony w dom towarowy, a od kościóła jezuitów zostały tylko drzwi do radzieckiej fabryki odzieży, którą zamknęli w latach 90-ych 20 wieku. Nawet nazwa miasta została „odbudowana”: Tarnopilla lub Tarnopol lub טרכופול nagle stało się Ternopolem.

Czasami nie ma sensu szukać zabytków, ludzi, a nawet dokumentów archiwalnych. Ogromne dziedzictwo tarnopolskich Żydów prawie całkowicie zniknęło, podczas gdy polska społeczność powoli odnajduje drogę powrotną do swojej kultury i języka. W każdym razie nie mówimy o odrębnych instytucjach czy społecznościach, ale o częściach lokalnego procesu kulturowego, w którym zawsze jest miejsce dla wszystkich. Szukając czegoś, co mogłoby świadczyć i przypominać nam o rodzinie Kornela Filipowicza w Tarnopolu, musimy raczej wyobrażać sobie, niż faktycznie rozumieć.

Kornel Filipowicz to autor niezwykły, którego twórczość dokonała rzeczy niemal niemożliwej. Nagle powieści, opowiadania i wiersze Filipowicza, a przede wszystkim jego bezstronne poglądy na świat, człowieka w przyrodzie i przyrodę w człowieku, odbiły się szerokim echem w Polsce, która przechodziła transformację. I nie tylko w Polsce – niektóre utwory Filipowicza zostały przetłumaczone na język angielski, hiszpański i ukraiński. W jego tekstach człowiek jest sprzeczny i niejednoznaczny, zwierzę pełne niepoznanej naturalnej mądrości, a relacjami międzyludzkimi rządzą skomplikowane emocje, tajemnice i nagłe wyznania. Autor przeżył trudne życie, które ukształtowało jego szczególny pogląd na współczesność.

Kornel, który urodził się w hotelu

Dziadek Kornela Filipowicza był na stanowisku dyrektora szkoły w Tarnopolu – Kazimierz Futyma miał pracę, pensję i mieszkanie w Tarnopolu. Rok przed narodzinami wnuka Kazimierz nagle zmarł i cała rodzina musiała opuścić mieszkanie. Z legend rodzinnych wiemy, że Futymowie i Filipowiczowie krótko mieszkali w hotelu w Tarnopolu. Prawdopodobnie w przedwojennym 1913 roku w pokoju hotelowym urodził się Miron Eustachy Filipowicz, który później nazwał siebie Kornelem.

Wołodymyr Okaryński, historyk: Jeśli faktycznie Kornel Filipowicz urodził się w hotelu, to kilka z nich może pretendować do miana miejsca jego narodzin – obecnie nie można tego ustalić z całą pewnością ze względu na brak źródeł. Wśród nich są Hotel Podolski, zbudowany w 1890 roku – jego budynek zachował się – przy dawnej ulicy Mickiewicza (obecnie bulwar Szewczenki); Hotel Punchert na Placu Jana III Sobieskiego (obecnie Plac Woli), ale do tej listy można dodać jeszcze pięć lub sześć obiektów. Ponadto jego rodzina mogła po prostu wynająć dom, ponieważ mieszkanie w hotelu przez ponad rok było mało realne.

Justyna Sobolewska, autorka książki „Miron, Ilia, Kornel. Opowiadanie o Kornelu Filipowiczu”, twierdzi, że nie zachował się ani adres, ani nazwa hotelu. Budynek szkoły, w której dyrektorem był Kazimierz Futyma, stoi do dziś, podobnie to szkoła przy skrzyżowaniu ulic Opolskiej i Kamiennej, do której po wojnie dobudowano kolejne piętro. Dziadek Kornela Filipowicza był ważną postacią dla Tarnopola, ponieważ był jednym z czołowych pedagogów miasta. Jego grób na cmentarzu Mykułynieckim jest prawdopodobnie jedynym autentycznym zachowanym pomnikiem bezpośrednio związanym z życiem Filipowicza i jego rodziny w Tarnopolu, poza fotografiami i dokumentami.

„Віють вітри, віють шумні, аж дерева гнуться…”

Możemy śmiało powiedzieć, że Kornel Filipowicz nie pamiętał Tarnopola, ponieważ miał zaledwie kilka lat – a może rok! – kiedy rodzina wyruszyła w długą podróż w poszukiwaniu spokojnego miejsca do życia. Wraz z wybuchem I wojny światowej rodzina Filipowiczów-Futymów postanowiła przenieść się dalej na zachód, z dala od granicy z Imperium Rosyjskim: najpierw do krewnych we wsi Bohdaniwka, potem do ciotki we Wiedniu, następnie do Żywca, Jarosławia, Lubaczowa i wreszcie do Cieszyna. Podróż przez ogarnięty wojną region rodzina spędziła w pociągach, na dworcach kolejowych i na stacjach; musieli nocować w tanich hotelach, w barakach Czerwonego Krzyża, a nawet w parkach. Mały Kornel wiózł ze sobą swój mały skarb – dwa cynowe żołnierzyki i pocztówkę. Matka Kornela, nie zostawiając nic w Tarnopolu, przywiozła ze sobą Tarnopol. Uwielbiała śpiewać, akompaniując sobie na pianinie: „Віють вітри, віють шумні, аж дерева гнуться…”.

Ojciec pisarza, Kornel Wiktor Filipowicz, był z rodziny herbu Pobóg. Ród Filipowiczów wymieniany jest w herbarzach polskich od XVI wieku. Niestety jedyna pamiątka rodzinna, pierścień rodowy z herbem, zaginął podczas napadu rabunkowego. Ojciec Kornela po powrocie z wojny długo szukał swojej rodziny, a los uchronił go od śmierci lub kalectwa. Niewiele wiemy o jego życiu w Tarnopolu i o tym, jak poznał matkę Kornela. On sam posiadał dom w Kołomyi i zachowały się zdjęcia z wizyt tam. Wiadomo, że jego związek z kulturą ukraińską był znaczący. W 1923 r. Filipowiczowie przyjechali do Cieszyna, gdzie ich ojciec znalazł dom dla całej rodziny. Odtąd to malownicze miasteczko na granicy z Czechami stało się nową ojczyzną młodego Mirona Filipowicza. Choć jeszcze przez długi czas czuli się tam jak „przybysze ze Wschodu”, a jego ojciec uparcie nosił haftowaną koszulę. Justyna Sobolewska w swojej książce o Kornelu Filipowiczu wspomina, że jej ojciec „po uporczywych namowach matki zgolił brodę i zaczął nosić zwykłe koszule i swetry. Dostał przyzwoitą pracę w polskiej administracji – posadę w wydziale akcyz i monopoli w Cieszynie”.

Przed oczami Kornela kształtowała się niepodległa Polska. Te trudne czasy uświadomiły, że wszystko wokół nas – pokój i wojna, zgoda i niezgoda, granice i państwa – jest zmienne. Jeszcze kilka lat temu z map świata znikał ogromny kraj od wąskiego węża rzeki Zbrucz przez brzegi Litwy po błękitny Adriatyk, a już rodziły się kolejne – Polska, Zachodnioukraińska Republika Ludowa, Czechosłowacja. Ogólnie wszystko się zmienia, ale coś nieuchwytnego i stałego pozostaje – ludzka wola przetrwania, pokoju, spokoju, miłości, a w końcu – miłości. Wydaje się, że przekonania życiowe, poglądy polityczne, orientacje artystyczne i sam sposób życia Kornela Filipowicza były uwarunkowane tym prostym odkryciem, które prawdopodobnie nie przyszło mu od razu.

Jurij Matewoszczuk, tłumacz: Kornel Filipowicz jest autorem wyjątkowym, gdyż jego twórczość jest uniwersalna dla każdych czasów, a poruszane w niej tematy nie tracą na aktualności do dziś. Jego powieści „Pamiętnik antybohatera” i „Ogród pana Nietschke” są szczególnie ważne dla ukraińskich czytelników – pomimo tego, że II wojna światowa zakończyła się prawie osiemdziesiąt lat temu, tematy, które autor ujawnia w swoich dziełach, są nadal aktualne, w środku wojny ukraińsko-rosyjskiej, tylko bohaterowie i antybohaterowie mają inne imiona, a akcja rozgrywa się w innych dekoracjach. Kornel Filipowicz to także jeden z tych mistrzów, którzy chyba najlepiej potrafią przedstawić ludzką naturę, jej mocne i słabe strony. A ta istota nie zmienia się w człowieku od urodzenia, dlatego tematy, które porusza autor, zawsze będą ważne do czytania i dyskusji.

Kornel prowincjonalny

Rodzina Kornela osiadła w Cieszynie, gdzie on poznał Juliana Przybosia i wielu artystów, którzy na swój sposób ukształtowali jego światopogląd. A Kraków, w którym pisarz mieszkał przez większość swojego życia, ma swojego specyficznego ducha – to miasto zachowuje swój charakterystyczny „prowincjonalizm”, mimo że stało się ojczyzną, sceną, kolebką nie tylko wielu wpływowych naukowców i artystów, ale nawet noblistów. Dlatego tę „prowincjonalność” należałoby raczej określić jako „autentyczność”. Nie jest łatwo zrozumieć poziom kultury i talentu ludzi, którzy świadomie lub nieświadomie stali się inspiracją i współuczestnikami twórczości i życia Czesława Miłosza czy Wisławy Szymborskiej.

Justyna Sobolewska, krytyczka: Filipowicz wyprzedzał swoją epokę pod względem światopoglądu, przynajmniej w tym, jak pisał o zwierzętach i przyrodzie; człowiek nie jest koroną stworzenia, a zwierzęta Filipowicza wiedzą więcej, są autonomicznymi istotami, których nie jesteśmy w stanie do końca zrozumieć, a nawet owady mają swoją tajemnicę, którą możemy próbować pojąć. Wszystkim tym „innym” stworzeniom starał się on oddać głos w swoich opowieściach.

Kornel Filipowicz był biologiem, badaczem, myśliwym i rybakiem. Jego hobby może wyglądać dziwnie dzisiaj, kiedy ludzie nie jedzą mięsa i zwracają się ku prawom zwierząt, ale Filipowiczowi udało się pokazać, że poza ludźmi istnieje inteligentny i harmonijny świat. Zamiast tego ludzie są często głusi i ślepi z powodu swoich nawarstwiem cywilizacyjnych i po prostu lenistwa.

Ciekawy jest związek Filipowicza z teraźniejszością – on wchodzi w nasz świat, jakby był o krok przed nami. Mowa raczej o to, że skupił się na autentyczności człowieka, poszukiwaniu jego więzi z innymi ludźmi, zwierzętami, środowiskiem naturalnym i cywilizowanym. Jakby czerpał z jakiejś najgłębszej głębi, próbując zrozumieć fundamenty istnienia, zasady bytu. Kornel Filipowicz w artystyczny sposób pokazywał prawdziwego człowieka ze wszystkimi jego słabościami, za co często był ostro krytykowany, zwłaszcza w dobie gdy panował socrealizm, który wymagał jasnego podziału na „dobrych” i „złych”, co z kolei negowało samą istotę literatury „realistycznej”.

Justyna Sobolewska, krytyczka: Dużą popularnością cieszy się dziś jego wiersz „Niewola”, który pokazuje, jak łatwo stracić wolność, przyzwyczaić się do warunków, w których jest ona ograniczana. Wiersz ten krąży po mediach społecznościowych i stał się anonimowym „plakatem” na ulicach. Filipowicz w swoich wierszach ostrzegał, pokazywał, że historia się powtarza, że ludzie przede wszystkim dostosowują się do nowych warunków i płyną z prądem. Dziś to wszystko jest aktualne w Polsce. W opowiadaniu „Śmierć mojego antagonisty” opisał Polskę podzieloną na dwa nienawidzące się, ale na zawsze zjednoczone obozy. A w opowiadaniu „Kiedy przychodzą we śnie” opisuje, wyprzedzając swoje czasy, uchodźców, którzy przybywają do domów. Filipowicz ma nam dziś coś do powiedzenia, i nie tylko w Polsce.

Niewiele jest dziś miejsc, tablic i nazw utrwalających pamięć o Kornelu Filipowiczu. Te nieliczne to ulica w Cieszynie nazwana na jego cześć oraz kawiarnia w tym samym mieście o wyrazistej nazwie „Kornel i Przyjaciele”. Kawiarnia ta jest zresztą wyjątkowa także dlatego, że pełni funkcję muzeum pisarza – przechowywane są tam książki, rzeczy osobiste, a nawet jedyna na świecie butelka słynnego likieru cytrynowego, który Filipowicz sam robił. Jego przyjaciele nazywali ten likier „kornelówką”. Dom przy ulicy Lea 23a w Krakowie, w którym pisarz mieszkał przez wiele lat, nie ma ani muzeum, ani tablicy pamiątkowej. Na Krupniczej 22, gdzie krakowscy artyści spotykali się na obiadach w „pisarskiej” stołówce i gdzie Filipowicz poznał w końcu Wisławę Szymborską, również nie ma śladu ani pamięci o tamtych czasach i ludziach.

Kornel powraca

Pisarz być może nieświadomie, zawsze był związany z Ukrainą. Jego żona Maria Jarema, która miała ogromny wpływ na niego jako pisarza, pochodziła z ukraińskiej rodziny. Oni we dwójkę, podobnie jak jej bracia, byli członkami krakowskiego środowiska artystycznego. Maria Jarema była jedną z najbardziej wpływowych artystek swoich czasów, odważną i bezkompromisową w swojej twórczości. Jej abstrakcyjne kompozycje uderzają kolorystyką i formami graficznymi. Nawiasem mówiąc, na początku XXI wieku w Krakowie pojawiła się fontanna zaprojektowana przez Marię Jaremę jeszcze w latach pięćdziesiątych. I wspaniale wiedzieć, że nawet pół wieku później jej pomysł doczekał się realizacji.

Pierwsze tłumaczenia utworów Kornela Filipowicza pojawiły się w czasopismach dzięki staraniom filologów i lokalnych historyków z regionu Tarnopola. W 2015 r. powieść „Romans prowincjonalny” i zbiór poezji „Powiedz słowo” zostały po raz pierwszy wydane w języku ukraińskim w jednym tomie. W 2020 r. książka została wznowiona, a dwie kolejne powieści, „Pamiętnik antybohatera” i „Ogród pana Nietschke”, zostały opublikowane pod jedną okładką.

Jurij Matewoszczuk, tłumacz: W 2014 roku odkryłem dla siebie Kornela Filipowicza – przypadkowo wziąłem jego książkę w bibliotece mojego przyjaciela i otworzyłem ją. Jakież było moje zdziwienie, gdy w biografii autora przeczytałem, że urodził się w Tarnopolu. Czy środowisko literackie i artystyczne Tarnopola wiedziało o Filipowiczu? Po wielu rozmowach i poszukiwaniach dowiedziałem się, że tak, ale tylko kilka osób. Właściwie od tego czasu miałem pewną misję i pragnienie mówienia i czytania tekstów Kornela Filipowicza w ukraińskim, a w szczególności w tarnopolskim środowisku literackim. I zacząłem tłumaczyć jego utwory. I tak w 2015 roku nakładem wydawnictwa „Krok” ukazał się „Romans prowincjonalny”, w którym znalazła się powieść pod tym samym tytułem oraz zbiór wierszy „Powiedz słowo”. I była to najlepsza decyzja, ponieważ po serii prezentacji w księgarniach i na festiwalach literackich książka ta stała się jedną z najbardziej lubianych przez czytelników, a egzemplarze, które od tego czasu można znaleźć tylko w prywatnych kolekcjach i bibliotekach, są nadal poszukiwane. Prace nad tłumaczeniami dzieł Filipowicza były kontynuowane, a dzięki wsparciu Konsulatu Generalnego RP w Łucku udało się opublikować przekłady „Pamiętnika antybohatera”, „Ogrodu pana Nietschke”, wznowić „Romans prowincjonalny”, a także przybliżyć ukraińskim czytelnikom wnikliwą pracę Justyny Sobolewskiej „Miron. Ilia. Kornel. Opowiadanie o Kornelu Filipowicza”. Rok 2020 został ogłoszony „Rokiem Kornela Filipowicza”.

Miasto, które nie istnieje

Czasami wycieczki po Tarnopolu wydają się dziwne, ponieważ przewodnicy muszą opowiadać o budynkach, które już nie istnieją lub prawie nie nadają się do odnowy. Mowa o tarnopolskich kościołach, gimnazjum im. Wincentego Pola, Starej Synagodze, a nawet rzece Rudce, która jest zabetonowana, ale wciąż daje o sobie znać. Te okoliczności są metaforyczne: Kornel Filipowicz jako człowiek i pisarz zdawał się być zawsze skupiony na człowieku – nie jako środku, ale jako celu. Wydawać by się mogło, że nie ma w tym nic zaskakującego, ale tak naprawdę niewielu ludziom udało się tak wyraźnie trzymać tego antropocentryzmu w swojej twórczości i działalności publicznej. Ta „ludzkość” wiele dało krakowskiemu środowisku literackiemu, które trudno zrozumieć, rozwikłać, zgłębić, bo oparte jest na głębokich i często nieznanych kontaktach osobistych. Spotkania w karczmach przy banieczce i szlugach, rozmowy o niczym, które inspirują do wznoszenia się na wyżyny, żarty małe i wielkie, zabawy literaturą i życiem – wszystko to ukazuje szczególny dystans i naturalność, które Wisława Szymborska tak czule i umiejętnie przelała w swój poetycki tekst.

Szczególnym dokumentem z tamtych czasów jest książka „Najlepiej w życiu ma twój kot”, czyli korespondencja Kornela Filipowicza i Wisławy Szymborskiej. To prawdziwa różnorodność stylistyczna, kolaże, żarty, a przede wszystkim poetyckie improwizacje, wiersze poważne, trochę radości i trochę bólu.

Aleksandr Filipowicz, syn pisarza: Ta książka od kilku lat jest prawdziwym hitem. Szymborska jest dobrze znana za granicą. I jest tłumaczona. Dlatego chcą tego „Kota” – w Hiszpanii, we Włoszech przetłumaczono go. Opowiadania i powieści mojego ojca były tłumaczone na wiele języków. I to dziwne, że trzydzieści lat po śmierci mojego ojca Kornela jego książki nagle zaczęły być wydawane nie tylko w Polsce, ale i za granicą – „Pamiętnik antybohatera” ukazał się nawet po angielsku! Mój ojciec potrafił mówić o wszystkim uniwersalnie: jego wiersz „Niewola” zrobił karierę w ostatnich latach… A mówili, że mój ojciec urodził się w hotelu w Tarnopolu. Ale nie wiemy, w którym i czy to była prawda. Moje ciotki, z którymi mieszkałem tu na Woli Justowskiej, wiedziały, ale już nie możemy ich zapytać. On nie pamiętał Tarnopola, bo wychował się w Cieszynie.

Tarnopol Kornela jest podobnie dziwny: miasto nie istnieje, ale jednocześnie istnieje, budynek hotelu wydaje się istnieć, ale niby nigdy nie istniał. Kornel urodził się w hotelu, ale nikt nie zna jego nazwy ani adresu, a przedwojenne hotele nie przetrwały sowieckich bombardowań ani próby historii. To, co pozostało, jest jednak najważniejsze: poza zburzonymi murami budynków, odbudowanymi miastami i przemianowanymi ulicami, zakurzonymi książkami i zagubionymi listami, jest postać człowieka, prawdziwego i żywego, ze wszystkimi jego wadami i całą jego siłą.