
Autor
Hałyna Hordasewycz urodziła się w rodzinie kapłana prawosławnego represjonowanego przez władze sowieckie. W obozie więziona była także sama Hałyna. Większość życia spędziła w Donbasie. Napisała książkę o Stepanie Banderze, przywódcy ukraińskiego podziemia, aby obalić żywe do dziś sowieckie mity na jego temat

Subiekt
Stepan Bandera urodził się w rodzinie, w której jego ojciec i dziadek byli księżmi greckokatolickimi w monarchii Austro-węgierskiej. Od lat szkolnych fascynowała go idea niepodległości państwowej Ukrainy i poświęcił jej życie. Bandera całą II wojnę światową spędził w niemieckim obozie, został zamordowany przez sowieckiego agenta

Tłumacz
Przemysław Lis-Markiewicz
Założyciel i prezes zarządu Poznańskiego Towarzystwa im. Iwana Franki. Ukończył w Polsce i w Ukrainie prawo a dodatkowo filologię angielską, filologię ukraińską oraz handel międzynarodowy. Autor książek Bitcoin. Przyszłość inwestowania oraz Spowiedź ducha. Biegły sądowy w dziedzinie ekonomii i handlu. Prowadzi kancelarię adwokacką

Jurij Szuchewycz
Więzień polityczny (uwięziony 31 lat, 10 lat przetrzymywany w radzieckim obozie dla deportowanych)
Syn głównodowodzącego UPA generała chorążego Romana Szuchewycza (pseudonim: Taras Czuprynka)
PRZEDMOWA
Z pisarką – Hałyną Hordasewycz poznałem się dawno, z sześć lat temu. Pracowała wtenczas nad powieścią historyczną, której głównymi postaciami byłem ja i Hałyna Dydyk. Znam wiele utworów pisanych czy to prozą, czy wierszem. Gdy więc do moich rąk trafiła nowa książka Hałyny Hordasewicz „Stepan Bandera: człowiek i mit”, przeczytałem ją z wielkim zainteresowaniem. A po niedługim czasie pani Hałyna poprosiła mnie o napisanie przedmowy do kolejnego wydania tej książki.
Gdy przygotowywałem się do napisania słowa wstępnego, stała się rzecz tragiczna, zmarła niespodzianie Hałyna Hordasewycz. Byłem zdezorientowany, nie miałem pewności, kiedy książka miałaby być ponownie wydana, z tego powodu wstrzymałem prace nad przedsłowiem. Minęło jednak nieco czasu i spotkałem się z synem pisarki – Bohdanem Hordasewyczem. Wiedział on, że przyrzekłem napisać przedmowę, zapytał o nią i niniejszym spełniam swoją obietnicę.
Od samego początku byłem mile zaskoczony, że Hałyna Hordasewycz wzięła na siebie trud przygotowania opracowania poświęconego Stepanowi Banderze. Zwłaszcza, że sama pochodziła z Wołynia, a jej rodzina sympatyzowała raczej z innym odłamem OUN, powszechnie zwanym „melnykowcami”. Z tego powodu jej praca nad sportretowaniem Stepana Bandery mnie w pierwszej chwili niemało zaskoczyła. Gdy jednak wczytałem się w treść książki, zrozumiałem ostatecznie, że wszyscy Ukraińcy podążali w ciągu ostatnich sześćdziesięciu lat tą samą drogą walki zbrojnej, okupionej krwią i cierpieniem, a zwieńczonej wspólną radością z odzyskanej dziesięć lat temu niepodległości naszego państwa.
Jakie miałoby mieć znaczenie, że kiedyś jedni należeli do powstałej później rewolucyjnej frakcji OUN, a inni pozostali w macierzystej? Przecież ichnie tarcia dotyczyły zaledwie wyboru taktyki działania! Zasadniczych ideologicznych rozbieżności między nimi nigdy przecież nie było!
Kto na poważnie interesuje się szczegółami rozłamu w Organizacji Ukraińskich Narodowców z 1940 roku, musi przyznać, że zarówno Melnyk, jak i Bandera, dokładali wszelkich starań, aby do rozpadu nie doszło. To, co jednak się stało w OUN, było następstwem działania zewnętrznych wrogich sił.
Warto przypomnieć, że wydając rozkaz zamordowania Jewhena Konowalca, to właśnie Stalin nakazał wzbudzić podejrzenie, że zabójstwo Wodza jest sprawą wewnętrzną OUN, twierdził, że po dokonaniu tego niech sobie wzajemnie gardła poprzegryzają. Wtedy do tego nie doszło, ale po kolejnych dwóch latach czyjaś wroga ręka wcieliła jednak zamiary Stalina w życie. Sączono wiele insynuacji i podejrzeń związanych ze śmiercią Omelana Senyka i Mykoły Ściborskiego w Żytomierzu w 1941 roku oraz związanych ze śmiercią pułkownika Romana Suszki we Lwowie w 1944 roku. Ci wszyscy ludzie byli tak naprawdę jednakowi! Młodzi, porywczy, gotowi w każdej chwili rzucić się w ogień rewolucji i oddać za nią życie, gdyby tak trzeba było. Nie żywiąc nadziei, że otrzymają za to jaką zapłatę czy choć podziękowania. Oni chcieli osiągnąć wszystko natychmiast! A byli również ludzie inni, którzy tłumaczyli, że nie od razu uda się zdobyć to, czego się pragnie, że potrzebna jest długa i żmudna praca organiczna z ludźmi, że potrzebne jest podnoszenie ich świadomości, aby można było pokonać licznych wrogów kiedyś w przyszłości, gdy pojawią się sprzyjające warunki.
Skutkiem tego taktycznego nieporozumienia było to, że część z nich utworzyła oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii, zeszła do antyniemieckiego i antysowieckiego podziemia, gdzie walczyła nie o życie, ale o śmierć w pojedynku z wrogiem. Inni wstępowali do administracji niemieckiej, ukraińskiej policji, zakładali ukraińskie szkoły i gimnazja, stowarzyszenia kulturalne i sportowe. Przecież czy naprawdę można było zostawić lokalną administrację w rękach wrogów, jak to często miało miejsce na wschodzie Ukrainy i w ten sposób potęgować cierpienia ludności cywilnej, aby doprowadzić w tak okrutny i przewrotny sposób do zwiększenia się oporu przeciwko Niemcom? Czy można było pogodzić się z faktem, że policja nie ukraińska, ale polska czy jedynie z nazwy ukraińska, choć w istocie czerwona, zniszczy najlepszych przedstawicieli naszego narodu? Czy można było przekazać kształcenie naszych dzieci w cudze ręce?
Hałyna Hordasewycz w swojej książce celowo uwypukla tę kwestię i ona nie postrzega tych ludzi jako służalczych wobec władz okupacyjnych, jako zagranicznych kolaborantów i zdrajców swojego narodu. Bo czyż to właśnie nie stworzone przez Niemców Schutzmannschaft-Battaliony czy policja na Wołyniu były osnową dla przyszłych kadr UPA? Było właśnie tak. Czyż to nie młodzież kształcąca się w ukraińskich gimnazjach zeszła później do podziemia? Uczyniła to i udowodniła swój patriotyzm.
A jeszcze Hałyna Hordasewycz, córka prawosławnego duchownego, opowiada o roli kościoła greckokatolickiego, jaką odegrał on zarówno w historii, jak i dla podniesienia naszej świadomości w minionych dekadach. W słowach pisarki dostrzec można wiele sympatii dla cerkwi narodowej, która współcierpi z ludem.
Swą książkę pisarka kierowała raczej do czytelników z Ukrainy Naddnieprzańskiej, którzy albo nic nie wiedzieli o Organizacji Ukraińskich Narodowców i jej przywódcach (Jewhenie Konowalcu, Andriju Melnyku i Stepanie Banderze), albo, co gorsza, mają całkiem wypaczone wyobrażenie o tych ludziach i wydarzeniach z tamtych czasów. To pewnie dlatego prosty, spokojny i nienachalny dobór słów jest tak przyjemny i lekki w odbiorze. Równie ujmująco przedstawiona jest postać Stepana Bandery i to niezależnie od tego, czy opisywany jest jako młodzieniec, później rewolucjonista, a następnie dojrzały polityk. Pisarka ustrzegła się, choć czasem przecież tak się zdarza, pustosłowia i patosu, prób wykreowania bóstwa, które powinno być powszechnie czczone. Otrzymaliśmy opowieść o trudnej i ciernistej drodze człowieka niezłomnego w swoich przekonaniach i walce, lojalnego wobec narodu i organizacji i to aż do jego ostatniego tchnienia.
Jest zatem tak ważnym, abyśmy, czytając tę książkę, dostrzegli narodową atmosferę, w której wychowywał się i kształtował Stepan Bandera. Tworzyły ją i kościół greckokatolicki, i „Płast”, i w końcu OUN. Można dzięki temu zrozumieć, dlaczego ludzie z organizacji byli dokładnie tacy jak Stepan Bandera (a były ich tysiące i tysiące), a nie inni.
Pisarka Hałyna Hordasewycz opisuje, na jakich ideach i zasadach moralnych wychowywani byli młodzi patrioci, którzy stworzyli formację bohaterów, z której naród jest dumny. Na jej czele stanęli przywódcy, a jednym z nich był Stepan Bandera. To jest właśnie, moim zdaniem, największa zasługa pisarki Hałyny Hordasewycz, że udało jej się przy okazji scharakteryzowania jednej osobie sportretować obraz całego pokolenia.
SŁOWO WSTĘPNE AUTORKI
Kiedy 13 lutego 1989 roku w Kijowskim Domu Operatorów odbył się zjazd założycielski Towarzystwa Języka Ukraińskiego im. Tarasa Szewczenki, w pewnym momencie głosu udzielono delegatowi z Ługańszczyzny. Na scenie pojawił się młodziutki chłopak, najpewniej jeszcze nawet nie student, a uczeń, który rozpoczął swoje przemówienie od tego, że zwrócił się do zebranych w bardzo nietypowy jak na tamte czasy sposób. Powiedział: „Szanowni dobrodzieje i dobrodziejki!” Następnie opowiedział o sytuacji w obwodzie ługańskim, którą trudno było nazwać pokrzepiającą. „Gdy na ulicy mówisz po ukraińsku, ludzie się za tobą oglądają, mogą cię nawet zwyzywać od banderowców” – skarżył się chłopiec.
Jest oczywistym, że ci, którzy mieli chłopca zwyzywać od banderowców, nie zakładali, że urodzony w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku człowiek może być faktycznie członkiem Organizacji Ukraińskich Narodowców, na czele której w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku stał Stepan Bandera. Tak się złożyło, że ludzi, którzy mieli odwagę demonstrować przynależność do narodu ukraińskiego, nazywano banderowcami, a to musiało oznaczać coś bardzo złego, gorszego niż „wróg ludu”. Żyją jeszcze ludzie, którzy mogą potwierdzić, że od początku lat dwudziestych XX wieku do początku II wojny światowej takich ludzi nazywano w Związku Radzieckim petlurowcami. A ci, którzy interesują się historią, jeśli nie Ukrainy, to przynajmniej Rosji, wiedzą zapewne, że od czasów bitwy pod Połtawą aż do rewolucji lutowej ludzie, którzy chociaż w niewielkim stopniu posiadali ukraińską świadomość narodową, nazywani byli mazepowcami. I prawdopodobnie tylko nieliczni specjaliści-historycy wiedzą, że po klęsce rosyjskiej armii carskiej pod Konotopem w 1659 roku Kozacy pod wodzą Iwana Wyhowskiego ukuli termin „wyhowcy”. Nie ulega wątpliwości, że gdyby nie nagła i w pewnym stopniu tajemnicza śmierć Bohdana Chmielnickiego i próba zerwania przez niego stosunków z Moskwą (tak wówczas oficjalnie nazywano to państwo, nazwę „Rosja” wprowadził dopiero Piotr I), wówczas nazywalibyśmy się „chmielami” albo „chmielnicczanami”, czy jakoś tak właśnie w tym duchu i byłoby to też coś w rodzaju piętna, które w tamtym czasie wypalano na czole przestępców.
Jak widać zmieniły się jedynie nazwy pojęć, ale ich znaczenie nie uległo zmianie. Moskwa – nie mam na myśli samego miasta, ale funkcjonujący w nim rząd – potrzebowała tak przerażającego symbolu – symbolu zdrady, nieuczciwości, okrucieństwa, sprzedajności i wszystkich innych wyobrażalnych i niewyobrażalnych grzechów.
Ale wracając do tego chłopca z obwodu ługańskiego: jestem pewna, że ani on, ani ten, który nazwał go Banderą, nie wiedzieli o Banderze nic poza tym, że „ojczyznę zdradził ”. A gdzie i kiedy urodził się Stepan Bandera, kim byli jego rodzice, czy miał rodzeństwo, czy był żonaty i czy miał dzieci, jaką była jego droga do stania się ukraińskim patriotą i jaką rolę odegrał w organizacji znanej pod skrótem OUN, wreszcie, gdzie, kiedy i jak umarł – niewiele osób o tym wie nawet teraz, w niepodległym państwie ukraińskim, kiedy można przeczytać dowolną książkę, od „Mein Kampf” Hitlera po „Podstawy leninizmu” Stalina i nikogo to nie wzrusza. Faktem jest, że tak znacząca biografia Stepana Bandery po prostu nie istnieje. Co prawda we Lwowie ukazała się niedawno dwutomowa książka Piotra Dużego „Stepan Bandera – symbol narodu”, ale nawet w tym obszernym, dokładnym i solidnym merytorycznie dziele poruszana jest głównie tematyka ideologii ukraińskiego ruchu niepodległościowego i rola Stepana Bandery w tym ruchu, a opis samej postaci Stepana Bandery jest potraktowany pobieżnie.
Postawiłam więc sobie za zadanie: napisać biografię Stepana Bandery, książkę, w której zostanie on ukazany przede wszystkim jako człowiek, a nie gloryfikowany jako przywódca narodu ukraińskiego lub wręcz przeciwnie, „ze złością napiętnowany” (propagandowana sztampa powszechnie używana w dziennikarstwie sowieckim) jako wróg narodu i zagraniczny najemnik.
Nigdy nie widziałam Stepana Bandery żywego i nie należałam do OUN. Czasem myślę, że gdybym była o 10 lat starsza, pewnie bym do niej należała i przy tak zwanym „pierwszym rozłamie OUN” poszłabym za Banderą, bo jego program wyglądał o wiele bardziej romantycznie. A gdybym była o 20 lat starsza, zostałabym w części, na której czele stał Andrij Melnyk. W każdym razie największe wrażenie robią na mnie teraz Oleh Kandyba-Ołżycz, Olena Teliha, mój ziomek z Krzemieńca, przywódca młodzieżowej organizacji OUN na Wołyniu, Ihor Szubski. W ogóle większość inteligencji naukowej i twórczej pozostała z Andrijem Melnykiem.
Dlatego biografię Stepana Bandery mogłam napisać jedynie na podstawie dostępnych mi publikacji i rozmów z tymi, w końcu już nielicznymi, osobami, które choć trochę komunikowały się z Banderą. W trakcie pracy dokładnie, pozycja po pozycji, przestudiowałem około stu książek i dopiero wówczas upewniłam się, że tylko połowa z nich będzie mi przydatna, a także różne publikacje w czasopismach. Większość z nich to książki wydane w czasach sowieckich w ZSRR; kilka książek wydanych już w latach niepodległości Ukrainy, i to nie tylko w obwodach zachodnich, ale także w Kijowie, Charkowie, Czernihowie, Chmielnickim; reszta to wydania zagraniczne ukraińskiej diaspory. Książki te pisali różni autorzy i o różnych poglądach: komunista, nacjonalista, umiarkowany centrysta, zwolennicy Stepana Bandery, zwolennicy Andrija Melnyka, zwolennicy pozostałych przywódców OUN (tak zwani „dwójkarze”), wreszcie byli członkowie OUN, którzy trafiając w ręce sowieckiego wymiaru sprawiedliwości, występowali z pismami pokutnymi. Natknęłam się nawet na trzy książki polskich autorów, wydane w Krakowie, Paryżu i Londynie, a więc, jak mogłoby się wydawać, napisane przez ludzi o różnych poglądach politycznych.
Czytając je, starałam się podejść jak najbardziej skrupulatnie do każdego autora, bez względu na jego poglądy polityczne. Kiedy więc w książce Oleha Bahana „Patriotyzm i ruch niepodległościowy” natrafiam na sformułowanie: „S. Bandera, stojąc na czele Krajowego Zarządu Wykonawczego OUN na ziemiach zachodniej Ukrainy, natychmiast przystąpił do wzmacniania sieci organizacyjnej OUN, wzmacniania jej działań bojowych, podnosząc poziom propagandy i ogólnego ducha walki” – od razu zrozumiałam, że nie znajdę u tego autora nic o wadach Bandery, które niewątpliwie miał, o błędach, które prawdopodobnie popełnił. Szybko więc przeglądam akapity wychwalające Banderę i skupiam uwagę na faktach: gdzie, kiedy, jaka konferencja się odbyła, nazwiska wybranych do składu Prowidu itp.
Kiedy czytam u Wołodymyra Bielajewa, jednego z głównych swego czasu przeciwników ideologii narodowowyzwoleńczej, że w 1930 roku we Lwowie na rozkaz Bandery wrzucono bombę na teren antyfaszystowskiej gazety „Praca”, rozumiem, że to nie jest prawda. W 1930 roku Stepan Bandera, choć był już członkiem OUN, zajmował się jedynie kolportażem prasy patriotycznej i nie wydawał takich rozkazów. Inna sprawa, że trzy lata później Bandera stanął na czele tzw. Prowidu Krajowego (zwanego wówczas „Krajową Egzekutywą”, słowo „egzekutywa” pochodzi od łacińskiego „executio” i oznacza „wykonawczy”). Wydawał w późniejszym okresie podobne rozkazy, ale zostanie to omówione w innej części książki.
Kiedy w książce autorstwa Mykoły Ruckiego „Kiedy umieraliście, dzwony dla was nie biły”, najpewniej zwolennika ruchu narodowowyzwoleńczego, pisarz wkłada w usta swojemu bohaterowi, żołnierzowi UPA, zdanie: „.. .dziś lub jutro przyjdą tu z ministerstwa bezpieczeństwa państwowego, niech ich szlag trafi” – rozumiem, że nawet fakty podane przez tego autora należy traktować z ostrożnością i sprawdzać w innych źródłach. Bo pierwsze zdanie tej historii brzmi: „To była wczesna wiosna 1944 roku”, a przecież ministerstwa w Związku Radzieckim powstały dopiero na początku 1946 roku.
Jednak najwięcej rozrywki – o ile można mieć coś w rodzaju frajdy, gdy się autora książki przyłapie na błędach – dostarczyła mi „Ścieżka szpiegostwa i zdrady” Andrija Mazańki. Na stronie 55 autor podaje, że szef referatu służby bezpieczeństwa OUN Myron Matwijejko wjechał na polecenie Stepana Bandery nielegalnie do Ukrainy w 1957 roku, z kolei sam Myron Matwijejko w książce „Czarne sprawy OUN za granicą”, opublikowanej we Lwowie w 1962 roku, twierdzi, że przybył do Ukrainy w 1951 roku Tę samą datę podaje w swoich wspomnieniach pod tytułem „Operacje specjalne” zaangażowany w tę sprawę generał z Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Paweł Sudopłatow. No dobrze …myślę, że mogła to być literówka autora, błąd maszynistki lub niedopatrzenie korekty.
Ale później u tego samego Mazańki na stronie 33 przeczytałam, że Andrij Melnyk mianował się szefem sztabu wojskowego w rządzie Augustyna Wołoszyna w 1939 roku, jednakże z innych źródeł wiem, że Andrij Melnyk był przeciwny wyjazdowi członków OUN na Zakarpacie i sprzeciwiał się walce o samozwańczą Ukrainę Karpacką z Madziarami. Prowid OUN, na którego czele stał, przyjął nawet uchwałę w tej sprawie. Inna sprawa, że wielu członków OUN nie zastosowało się do tej uchwały, przedostali się przez granicę i wzięli udział w walkach. Zginęło tam wielu z nich, w tym wybitni członkowie OUN, tacy, jak twórca doktryny wojskowej Mychajło Kołodziński czy Zenon Kossak.
I w końcu na stronie 38 napisano: „Na długo przed rozpoczęciem wojny… Gestapo utworzyło organizację szpiegowsko-dywersyjną. Na jej czele stali Konowalec i Bandera.” Pisano to w czasach, gdy ludzie nic nie wiedzieli o Konowalcu, Banderze i OUN i nie mogli zweryfikować prawdziwości tego stwierdzenia. Sięgam od razu po „Słownik encyklopedyczny”, wydany w Moskwie w 1953 roku (ale już po śmierci Stalina, bo choć on tam jest, to Berii już nie ma) i tam czytam, że: „Gestapo to państwowa tajna policja w hitlerowskich Niemczech. Stworzona przez nazistów w 1933 roku.” Następnie biorę „Encyklopedię Ukrainoznawstwa”, tom 5 i tam czytam: „Organizacja Ukraińskich Narodowców (OUN) została formalnie utworzona na Pierwszym Kongresie Ukraińskich patriotów w Wiedniu, 28 stycznia – 3 lutego 1929 roku”. Jakże Gestapo, które powstało dopiero cztery lata później, mogło stworzyć OUN? I to nie wszystko! Rzeczywiście Konowalec stał na czele OUN od momentu jej powstania, a Stepan Bandera w tym czasie nie mógł nawet być uważany za członka, ponieważ zgodnie ze statutem OUN ludzie byli przyjmowani dopiero od 21 roku życia, a Bandera osiągnął ten wiek rok później.
Zgadza się, że w swojej niedokończonej autobiografii „Dane z mego życiorysu” sam Stepan Bandera pisze: „Kiedy na początku 1929 roku pojawiła się OUN – Organizacja Ukraińskich Narodowców, natychmiast zostałem jej członkiem. W tym samym roku byłem uczestnikiem I konferencji OUN Okręgu Stryjskiego.” Cóż, w książkach o wojnie często pisze się o nastolatkach, którzy dorabiali sobie lat, aby dostać się na front. Wybaczmy Banderze, że dodał sobie rok, zwłaszcza, że był już członkiem Ukraińskiej Organizacji Wojskowej.
I w ogóle, czegokolwiek nie zrobiliby patrioci z OUN, Andrij Mazańka potępia wszystko w czabuł. Dla przykładu na stronie 19 pisze o lwowskim ekonomiście i twórcy spółdzielczości Jewhenie Chrapływym, który domagał się „utworzenia silnych gospodarstw chłopskich, dysponujących znaczną ilością ziemi i tworzących trzon naszej zdrowej chłopskiej własności ziemskiej”. Okazuje się, że to też jest złe i za to Jewhen Chrapływy otrzymuje tytuł „burżuazyjnego sługusa”. Czyżby było lepiej, gdyby chłopi byli biedni?
Wszelako na największą „perełkę” natknęłam się na stronie 60, gdzie stoi jak wół: „Poglądy Szewczenki ukształtowały się w dużej mierze pod wpływem wybitnych rosyjskich rewolucyjnych demokratów – Hercena, Czernyszewskiego, Dobrolubowa”. Wracam ponownie do „Radzieckiego słownika encyklopedycznego” (już trochę nowszego, z 1990 roku, ale to nie ma zasadniczego znaczenia) i dowiaduję się, że Herzen urodził się w 1812 roku, Szewczenko – w 1814 roku, Czernyszewski – w 1828 roku, a Dobrolubow – dopiero w 1836 roku Jaki wpływ mógł mieć Herzen, student Uniwersytetu Moskiewskiego, na siedemnastoletniego Szewczenkę mieszkającego w Petersburgu? Co więcej, jaki wpływ mógł mieć Czernyszewski na kształtowanie się światopoglądu Szewczenki, który w 1847 roku, kiedy Szewczenko został aresztowany, miał… 19 lat! I całkowicie niedorzeczne jest mówienie czegoś o Dobrolubowie, który miał 11 lat.
Lektura w sumie cienkiej, mającej tylko siedemdziesiąt siedem stron, książki Andrija Mazańki zabrała mi stosunkowo dużo czasu. Rekordową okazała się bowiem ilość błędów, które dostrzegłam, a przecież część mogłam przeoczyć. Tyle samo czasu i uwagi można byłoby poświęcić broszurze S. M. Biłousowa pod tytułem: „Zjednoczenie narodu ukraińskiego w zunifikowanym państwie ukraińskim”, ale wspomnę o jednej tylko przedziwnej kwestii. Wspomniana rozprawka opowiada o powstaniu w 1917 roku rządu sowieckiego w Ukrainie, o powstaniu Węgierskiej Republiki Rad w 1919 roku, o walce komunistów zachodnioukraińskich i bukowińskich o przyłączenie tych ziem do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, ale… Nie pada, poza Leninem i Stalinem, żadne nazwisko, no może jeszcze wymienieni są Mołotow i Chruszczow. Nie może zresztą być inaczej! Przecież wszyscy przywódcy zrywów rewolucyjnych zostali na rozkaz Stalina rozstrzelani.
Tak sobie myślę, że jeśli radzieccy autorzy pozwalali sobie na takie nieścisłości w sprawach, które dzięki sowieckim publikacjam są łatwe do sprawdzenia, to jak można im całkowicie ufać w sprawach, których nie da się zweryfikować?
Publikacje autorów z przeciwnego obozu analizowałam nie mniej wnikliwie. Postanowiłam nie korzystać z książki Ihora Cara: „Dlaczego kochamy Banderę”, ponieważ zniechęcił mnie nie tylko tytuł, ale i bibliografia. Bandera to przecie nie gwiazda estrady, żeby go kochać. Nadto co wspólnego ma mieć z Banderą czy to książka Bohdana Zawadki „Czyste serce na dłoni” poświęcona badaniom twórczości Szewczenki, czy już w ogóle „Katechizm Kościoła Katolickiego”? I jeśli autor pisze, że siostry Bandery „…opowiedziały mi, że Stepan Bandera miał Jarosławę za żonę”, to jak mógł napisać, że: „w tym samym czasie, kiedy gestapo zabrało Stepana do Berlina, KGB rozstrzelało jego ojca w Kijowie i zesłało na Syberię trzy jego siostry: Martę, Wołodymyrę i Oksanę”? Po pierwsze Wołodymyra został aresztowany dopiero w 1946 roku, a po drugie KGB powstało dopiero w 1953 roku, po aresztowaniu Berii.
Pragnę podkreślić, że do żadnego z autorów nie podchodziłam z naiwną ufnością i jeśli te same wydarzenia z życia Bandery są inaczej opowiedziane w różnych publikacjach, będę nadal przytaczała te wszystkie historie, aby czytelnik mógł wyciągnąć własne wnioski.
Chciałabym też zaznaczyć, że bardzo nie lubię, gdy zamiast uzasadnionej polemiki z oponentem politycznym autorzy zaczynają naigrawać się z imienia czy wyglądu przeciwnika lub kwitują coś z jawnym szyderstwem. Bo czymże jest dla przykładu to: „Pierwszą nagrodę otrzymał sam führer niepodległego grajdołu Stepan Bandera. Tekst, który przesłał na konkurs, był zaiste znakomity. Oto on: «Oj, palniem z hakownicy i pięty gołe pokażem»”. A co to takiego? To humoreska „Bardzo niepodległy hymn” napisana przez Ostapa Wysznię w 1944 roku. Cóż … Wybaczymy Ostapowi Wyszni te złośliwości, bardzo nie chciał wracać do Komi, gdzie spędził uwięziony dziesięć lat. Jednak pewnie nie wiedział nawet, że Stepan Bandera razem z nim odbywał tych dziesięć lat pozbawienia wolności, najpierw w polskim więzieniu, a później w niemieckim.
Albo jeszcze dla przykładu to, co przeczytałam u wspomnianego już Bielajewa w broszurze „Ostatnie salto «Szarego»”, jak to Stepan Bandera podczas studiów we Lwowie dzwonił do ojca z rozmównicy międzymiastowej i gdy telefonistka nie mogła zrozumieć jego nazwiska, krzyczał: „Pani nie rozumie? Ban-de-ra! No, jak banda!” Tak się zastanawiam, jakim cudem Bielajew mógł słyszeć Banderę dzwoniącego do domu, czyżby stał mu za plecami? Zapewne nie, była to tak zwana „fikcja literacka” i zabieg ten miał dowieść, że Stepan od urodzenia nosił nazwisko, które później przesądziło o jego losie bandyty. Ale tutaj autor popełnia jednak spory językowy lapsus. Polska telefonistka nie potrzebowała dopytywać się o nazwisko, bo słowo „bandera” istnieje w języku polskim i oznacza… flagę. No właśnie!
Nie podoba mi się również, że zwolennicy Melnyka mieli ponoć nazywać Banderę „karłem o czerwonych oczach”. Piszę „ponoć”, bo nie natknęłam się na to w publikacjach Melnyka, a cytat znalazłam w publikacjach sowieckich bez podania źródła. Faktem jest, że Stepan Bandera był bardzo niskiego wzrostu, co wyraźnie widać na zdjęciu, gdzie stoi wraz z innymi osobami przy grobie Konowalca w Rotterdamie; jest tam najniższy. Ale co z tego? Pierwszy z królewskiej dynastii Karolingów, założyciel państwa Franków, wszedł do historii pod imieniem Pepin Krótki. Jeden z najwybitniejszych królów Polski Piastów nazywał się Władysław Łokietek, zapewne nie ze względu na swój wysoki wzrost. Jak wiadomo, Napoleon był bardzo niski. A twórca pierwszego na świecie państwa robotniczo-chłopskiego, Włodzimierz Lenin? Też nie był wysoki, więc artysta, który namalował popularny obraz „Lenin i Gorki w Gorkach”, musiał się nieźle nagłowić, żeby nie upokorzyć przywódcy światowej rewolucji. Ostatecznie rozwiązanie znalazł, umieścił ich na schodach, a Lenina postawił wyżej. Jednym słowem o roli człowieka w historii nie decydują centymetry jego wzrostu czy kilogramy wagi, zgódźmy się z tym. A jeśli Bandera miał czerwone oczy, to prawdopodobnie z braku snu i przemęczenia, bo nie pił i nie palił.
Było mi równie nieprzyjemnie, gdy we wspomnieniach wymienionego już raz Sudopłatowa przeczytałem historię o tym, jak było prowadzone śledztwo w sprawie Naczelnego Wodza UPA Romana Szuchewicza i natknęłam się na sformułowanie: „Udało się nam ustalić tożsamość czterech ochraniających go strażniczek, które były także jego kochankami.” Tutaj od razu przychodzi na myśl rosyjskie przysłowie: każdy mierzy własną miarą. A po drugie, jest to bezwiednie wylane wiadro pomyj na ludzi, którzy nie mogą się już bronić.
I jeszcze ostatnia rzecz, którą chciałabym rzec w przedmowie całkiem od siebie, bo później przytaczane będą tylko gołe fakty. Nie wiem, czy to legenda, czy historia prawdziwa. Pewna kobieta z jakiegoś powodu bardzo nie lubiła swojego sąsiada i ciągle nazywała go złodziejem. W końcu sąsiad nie wytrzymał i pozwał ją o zniesławienie. Sędzia pyta kobietę: „Jakie ma pani konkretne dowody na to, że pani sąsiad jest złodziejem?” Kobieta daje jakiś przykład, sąsiad udowadnia, że nie ma z tym nic wspólnego. Kobieta podaje inny przykład, a sąsiad go obala. Kobieta nie ma już argumentów, wykrzykuje jednak: „To i tak złodziej!”
Jeśli więc tak jak ta kobieta potrafisz, czytelniku, powtarzać tylko: „To i tak złodziej!” – lepiej odłóż moją książkę i dalej jej nie czytaj. A jeśli chcesz po prostu poznać biografię Stepana Bandery, to zapraszam do lektury i refleksji nad tym, co przeczytałeś.
Wnioski wyprowadź własne.