Wkładam do ust ten ogryzek obrzędowego chleba,
którego nigdy nie przyjmowałem tak jak należy, nie klękałem
przed jego cielesnością i dwojakością. Kto wreszcie z kogo wychodzi,
kto kim jest zaludniony, komu podarowano ogień oświecenia,
a komu tylko ten przesiąknięty kwasem chleb?
Ogolona głowa Ewy tak jakby świeci
w przestrzeni mieszkania, całkiem codziennego,
gdy na moim kolanie zatrzymuje się ciepła męska ręka,
obrzękła po hipertonicznych atakach.
Moje bandaże przesiąknięte są krwią i wysiękiem,
a fragmenty mojej skóry zostały na chodniku Kalwaryjskiej.
Co drży mi w dłoni, czy to drży sama dłoń,
czy może jeszcze nie wyleczyłem się z milczenia
i apatycznego słońca samotności? Czy to drży łysa dziewczynka,
ukradkiem połykając czekoladową komunię,
póki jej ojciec pieści moje kolano, czy to moja
zakrwawiona łydka, poszarpana ściernym chodnikiem?
Czy jeszcze coś innego, mój rowerowy, spięty oddech,
wyleczony płomieniem przedwojennego alkoholu?
Za traumą tylko trauma, za zdartą skórą
tylko ukąszenie osy, za przygnębieniem tylko
uraza, za śmiechem tylko obśliniony rechot,
za łzą tylko obśliniony rechot, za zeznaniem,
za sakramentem, za składaniem ofiary tylko obśliniony rechot.
Przedwojenne wspomnienie, rozdzierające mi usta dwusmakiem.